Podobnie jak rok temu, po Audioriver udałem się nad morze. Tym razem gładko i bez przygód. Przypominam, że rok temu wywiozło mnie na bocznicę pod jakiś hangar za Toruniem Głównym i musiałem iść w upale kawał drogi pośród torowisk, w białej koszuli i z butelką wina w ręku. Tym razem jedyne, co zafundowało mi PKP, to odjazd z Kutna z czterdziestominutowym opóźnieniem, bo pociąg się zepsuł. Ale za to co to był za pociąg! Bezprzedziałowy klimatyzowany wagon w TLK to nie jest coś, czego człowiek by się spodziewał. Przyjemnie się siedziało w takie upały. Swoją drogą polecam dworzec w Kutnie. Jak na jedną ze stolic polskiej kolei przystało, jest nowocześnie i nawet dwuskrzydłowe drzwi otwierają się automatycznie. Stolice polskiej kolei, wiecie… To te miejscowości, o których nikt nie słyszał, a które zawsze macie wypisane na biletach i królują tam niczym stolice regionu. Ale PKP się nie uczy! Znowu po Audio podstawili na dworzec w Płocku krótkie składny. Jeden nowoczesny szynobus nie byłby w stanie pomieścić wszystkich chętnych nawet gdyby bardzo chciał. A problem polega na tym, że nawet nie może chcieć, bo to tylko szynobus, a jak wiadomo szynobusy nie mają myśli, marzeń i pragnień. W środku było nabite ludźmi jak pod Kalkbrennerem na Audio. Ale w tym roku na peronie została tylko garstka osób, a w zeszłym to chyba połowa chętnych. Ale do czego zmierzam? A, no właśnie, wczoraj dotarłem na półwysep helski, ale nie było siły zameldować się takim tekstem jak ten, bo trzeba było odespać. Ale jak widać, dziś już siła jest. No dobrze, już dobrze, koniec tego pisania. Jeszcze tylko strzelę fotkę z widoczkiem morza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *